Do Cody nie jest łatwo się dostać zimą. Jeszcze trudniej się stąd wydostać - maleńkie lotnisko obsługiwane jest tylko dwoma liniami, gdzie rozkład całkowicie zależy od pogody. Z lotniska kolejne dwie godziny drogi samochodem do Parku Narodowego Shoshone. Tam znajduje się rancho Double Diamond, które przy wjeździe wita napisem „Witamy Alpinistów”. Tutaj można zatrzymać się w jednych z kabin jako baza wypadowa. Nie ma tutaj internetu, sklepiku, telewizora, są za to kowbojskie kapelusze, dzikie konie i ogromne góry dookoła. Latem Cody odwiedza dużo turystów, którzy zatrzymują się przelotem w drodze do parku Yellowstone, ale nie docierają już na rancho - za daleko. Zimą hula tu tylko wiatr. Nawet niedźwiedzie grizzly śpią smacznie w gawrach. Zaledwie kilka kilometrów od rancho znajdują się wodospady okute lodem o których nie jeden alpinista śni każdej nocy. 

Przez kolejne cztery dni wstajemy przed świtem, pakujemy plecaki i wyruszamy w poszukiwaniu lodu. Jest nas pięcioro. Pięcioro dziewczyn które z pasją maniaka przedzierają się przez gęsty las - często na czworakach, po głazach, przez kłody, przez zamarzniętą rzekę - ostrożnie, osobno, aby nie przełamać lodu. Kąpiel w lodowatej wodzie znaczyłaby koniec wyprawy. Nie ma tutaj wydeptanych ścieżek, szlaków, bacówek, więc raz na jakiś czas patrzymy na mapę. Jest środek tygodnia, więc nie ma nikogo w całej dolinie. Tylko my i góry. Człowiek czuje się wtedy taki maleńki, ale serce rośnie do rozmiarów giganta. Jest pięknie. 

Po trzech, czasem czterech, godzinach brutalnego podejścia dochodzimy do naszego świętego graala: przed nami piętrzy się zamarznięty wodospad, jak przepiękny welon panny młodej.

Wyciągamy liny, czekany, raki, zakładamy kaski i spokojnie, metodycznie, wspinamy się na samą górę wodospadu. Słychać równy oddech, uderzenia czekanów, raków i bicie własnego serca. Czasem słychać płynącą wodę pod warstwą lodu, a czasem wodospad jest całkowicie zamarznięty. Od czasu do czasu któraś z nas krzyknie z radości i echo niesie tę radość po okolicy wracając ją do nas. Temperatury są idealne, więc czekany wchodzą w lód jak w plastik. Zjeżdżamy w dół na linach...i zaczynamy wspinaczkę od nowa...i tak aż do zmierzchu. Zmęczone, spełnione, z uśmiechem na twarzach wyciągamy czołówki i wracamy przez ciemny już las do ciepłej kabiny.

Po całym dniu wspinaczki ciepłe kakao rozgrzewa ręce, a my z rumieńcami na twarzach, jak dzieci w noc bożonarodzeniową, patrzymy na mapę i planujemy kolejny dzień. 

W dzień wyjazdu ze smutkiem patrzymy w stronę gór i jak kochankowie cichutko wyjeżdżamy o świcie z obietnicą na ustach, że jeszcze tu wrócimy...

autor Ania Wiktorowicz 

 

Ta strona internetowa używa plików cookies. Więcej na temat cookies dowiesz się z Polityki cookies. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia dotyczące cookies w przeglądarce internetowej. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczone w twoim urządzeniu końcowym.