Chorwacja - W latach 60., jako część Jugosławii, Chorwacja była biednym bałkańskim krajem. Mimo, że pod komunistycznym panowaniem Tity, to jednak z elementami kapitalizmu, wymienialną walutą i turystyką z Niemiec. Na poboczach dróg stały żebrzące dzieci. 

Domy były stare, drogi wąskie, ale ludzie przyjaźni. Jako dziesięcioletni chłopak jeździłem tam z rodzicami na wakacje. Nasz malutki Fiat 600, wyładowany sprzętem campingowym i zapasami, przedzierał się przez granice Europy Wschodniej, by dotrzeć do nadmorskiej Rogoznicy, gdzie dwa tygodnie spędzone pod namiotem były dla mnie rajskim czasem. Można było skakać ze skał do ciepłego morza, pływać, nurkować i cieszyć się słońcem. Któregoś wieczoru wybraliśmy się z ojcem na spacer, nad półsłone jezioro za wsią. Tam, przy zachodzącym słońcu, obserwowaliśmy wielkiego wodnego żółwia, który wylazł na małą plażę między skałami. Jego skorupa miała ponad metr średnicy. Potem miejscowi powiedzieli nam, że nie widziano go od piętnastu lat i myśleli, że już dawno nie żyje. Nocami słuchałem występów zespołu, który grał do kolacji Niemcom na tarasie restauracji. Pamiętam lądowanie Armstronga na Księżycu, które oglądaliśmy w jugosłowiańskiej telewizji. Wybraliśmy się też na wyprawę do Plitwickich  Jezior. Po całym dniu drogi okazało się, że wstęp kosztuje prawie 50 dolarów. Ojciec zdecydował, że rezygnujemy. W porównaniu do Niemców czy Austriaków byliśmy bardzo biedni ale miejscowi traktowali nas z szacunkiem, jako ludzi wykształconych, obytych i pochodzących z kraju o podobnych doświadczeniach wojennych.

Na początku lat 80. przestałem jeździć na wakacje z rodzicami. W Polsce, zawiązuje się „Solidarność”, nastaje stan wojenny, upada gospodarka. A w tym czasie w Jugosławii trwa boom gospodarczy. Miliony jugosłowiańskich gastarbeiterów pracujących w RFN przesyłały rodzinom dewizy, a turystyka przynosiła rekordowe zyski krajowi.

W połowie lat 80. wróciłem do Chorwacji. Jacek, który miał starego Mercedesa Busa, zaproponował wspólny wyjazd. Ja z kolegą udostępniamy żaglówkę, a on samochód. Do naszej (własnoręcznie zrobionej!) sześciometrowej żaglówki z kabiną dokupiliśmy dwuosiową przyczepę i pojechaliśmy.

Cóż to była za wyprawa! Samochód miał takie zbiorniki, że na jednym tankowaniu dojechaliśmy do Chorwacji, objechaliśmy Jugosławię i jeszcze wróciliśmy do Polski. Zapasy jedzenia były takie, że na miejscu nie kupowaliśmy właściwie nic. Ostatnie (lekko już zapleśniałe) pieczywo zjedliśmy w drodze powrotnej, gdzieś pod Budapesztem. Ale nie obyło się bez przygód…

Na początku, jeszcze w Cieszynie, nasz mercedes się zepsuł. Wjechaliśmy w warsztacie na pochylnię i zostawiliśmy busa na biegu. Mechanik wszedł pod samochód i odpiął krzyżak wału napędowego. A wtedy samochód stoczył się do tyłu i przyparł syna mechanika do ściany. Poparzony rurą wydechową, chłopak darł się wniebogłosy, a my, razem z jego ojcem, usiłowaliśmy przepchnąć auto w górę pochylni… Na Węgrzech zaczęły płonąć koła przyczepy. Hamulce najazdowe były źle ustawione i tarcie rozgrzewało tarcze tak, że aż paliły się smary. Płonąca przyczepa na drodze nocą – to musiał być widok. Wreszcie, już w Jugosławii, jedno z kół samochodu urwało się i poleciało w pole. Choć wyraźnie widać było miejsce, gdzie wpadło na pole kukurydzy, cała nasza ekipa szukała go przez godzinę…

W Chorwacji zwodowaliśmy łódź na jakiejś opuszczonej pochylni i rozpoczęliśmy rejs. Jedyną mapą, którą mieliśmy, była strona z atlasu drogowego Europy. Nie uiściliśmy żadnych opłat, które podobno były już wtedy obowiązkowe. Odbyliśmy całkiem fajną podróż, odwiedzając Split, Zadar i park narodowy Kornati. Narysowaliśmy odręcznie mapę z portami, prądami i mieliznami, tak że Jacek, który płynął z żoną w drugiej turze, miał ułatwione zadanie.

Niebezpieczeństwem, które czyha na żeglarzy w Chorwacji, jest wiatr bora. Normalnie jest to wieczorna bryza, ale w różnych miejscach, zwykle raz lub dwa razy w sezonie, spada z gór z siłą huraganu. Nasza żaglówka nie miała silnika. Codziennie około szesnastej następowała cisza, po której przychodziła bora. Nigdy nie była bardzo silna, ale pamiętam to codzienne oczekiwanie w napięciu na środku morza i naszą niepewność.

Nie mieliśmy pieniędzy i stać nas było najwyżej na jedno zimne piwo co wieczór. Smakowało bosko, szczególnie w knajpie pełnej młodzieży przy żywej muzyce. Chorwacja była już wtedy inna. Nastawieni komercyjnie tubylcy za wszystko kazali sobie płacić, nawet za wodę do kanistra. Tylko starzy, siwi rybacy traktowali nas jak ludzi i próbowali rozmawiać o tym czy owym.

Czytaj więcej na jechacniejechac.pl.

Ta strona internetowa używa plików cookies. Więcej na temat cookies dowiesz się z Polityki cookies. W każdej chwili możesz zmienić swoje ustawienia dotyczące cookies w przeglądarce internetowej. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczone w twoim urządzeniu końcowym.